No dobra, minął rok. Jest nowa rzecz, kontynuacja "Moherfuckera". Nosi tytuł "Russian Impossible" i ponownie matką tytułu jest moja żona.
Wiem, że wykonałem świński numer kończąc "Moherfuckera" tak, jak skończyłem. Staram się to zrekompensować czytelnikowi od pierwszych stron "Russian Impossible" wracając do newralgicznego wątku fabuły. Co poza tym?
Nowe postacie, które polubiłem od pierwszej chwili stworzenia. Nowe wątki, tak ciekawe, że nie mogłem się doczekać jak je zręcznie zagmatwam, sensacyjnie poprowadzę i zaskakująco zakończę. Nowe i - chyba - jeszcze groźniejsze i trudniejsze do wytępienia odpryski Cthulhu.
Nie zabraknie bohaterów, których czytelnik już poznał, polubił i zdążył się przez ten rok za nimi stęsknić , a nie wiadomo czy nie będzie się trzeba z niektórymi rozstać... Chociaż, bywało, że za zabicie pięknej Zemfiry oberwało mi się od czytelników i dziennikarzy. Stare zagrożenia, ciągle aktualne i ciągle niezmiernie trudne do opanowania. Znana scenografia - Sankt Petersburg, piękny, klimatyczny, a chwilami paraliżujący.
Nie zdradzę, oczywiście, co komu się uda i czy się uda, choć czytający moje książki, powinni zauważyć, że nie preferuję raczej unhappy endów. Nic nie sugeruję. Nic nie podpowiadam. Nie powiem" kto wygra".
Po prostu - zachęcam do czytania.
Dotarła do mnie data premiery książki - 1 listopada. Znamienna data - guimony wylegną na pewno na ulice i zieleńce.
Strzeżcie się tych miejsc!